piątek, 13 maja 2011

54. W telegraficznym skrócie - z archiwum

Co u nas, co u nas.
Ospa ma się ku końcowi, czekamy na wysyp u drugiego.
Na chwilę obecną do stolycy jedziemy, ale kto wie, co będzie do jutra.
Optymistka ledwo patrzy na prawe oko, przyplątało mi się zapalenie spojówki.
Trwa akcja "odpieluchuj mnie!!!" :) Idzie nieźle, na majciorach zostaje już tylko mała plamka albo zostają suche. Niestety kupa chwilowo jeszcze ląduje w całości nie tam gdzie trzeba.
No, to chyba tyle chwilowo. Zmykam, bo mnie gonią.

niedziela, 8 maja 2011

53. Biedroneczki są w kropeczki - z archiwum

Nareszcie chwila dla siebie, to mogę coś wrzucić.
Gdzieś koło środy wieczorem Dzieć zaczął narzekać na bolącą męskość :/ Po oględzinach okazało się, ze sikacz spuchnięty, trochę jakby siny i "mama nie dotykaj!". W kąpieli odkryliśmy jeszcze wielką krostę pod skórką. Się trochę przestraszyłam bo przez opuchliznę skórka miała problem trafić na swoje miejsce :/ W czwartek rano udaliśmy się wieć do lekarza, wyszliśmy z maścią, furaginem i przykazem smarowania 2 razy dziennie. W czwartek po południu odebrałam Dziecia z przedszkola z 38 stopniami gorączki. Telefonicznie załatwiłam więc receptę na antybiotyk, tak na wszelki wypadek, jakby dziadostwo się rozkręcało. W piątek bowiem chłopaki mili być u babci z racji mojego i mężowego wyjazdu na szkolenie do Łodzi. Ze szkolenia wróciliśmy coś koło 19.00 i przywitał nas Dzieć.... w kropki :) Powyższe problemy okazały się byc początkiem ospy :)
Dzieć siedzi więc cały posmarowany na biało, do lekarki mamy zgłosić się w poniedziałek. Czekam teraz kiedy wysypie Młodego. Całe szczęście Dzieć nie protestuje przeciwko smarowaniu i jakoś strasznie się nie drapie - może przetrwany w spokoju.Najgorsze, że w przyszły weekend miała być wycieczka do stolicy, na Komunię, ale chyba nic z tego nie będzie :/ (tak samo jak w zeszłym roku - do stolicy do prawda trafiliśmy, ale w dniu Komuniii Dzieć się pochorował i zostaliśmy w domu).
Dzieć w kropki wygląda tak :)


Jako, że nie możemy ruszać się z domu czekam nas leniwa niedziela :) Obiad zjemy w domu, co już dawno się nie zdarzyło :) Zawsze oblegamy którąś z babć :)
Idę zatem grzać rosół i wstawiać kurczaka na rożen. Taki zestaw moi mężczyźni lubią najbardziej :)

piątek, 29 kwietnia 2011

52. Optymistka w pracy - z archiwum


No to jest.
Praca. Nigdy nie musiałam o nią walczyć ani się szczególnie starać, dana mi była niemal od zawsze. Podano mi ją na tacy z całkiem miłym comiesięcznym załącznikiem. Najpierw było zlecenie, potem etat, macierzyński, wychowawczy, 3/4 etatu, znów macierzyński i wychowawczy, potem pół etatu, firma zawsze szła mi na rękę i to nawet z własnej inicjatywy! A za jakiś czas ma być... awans. Każdy by się cieszył, no nie? I brał bez zastanowienia.
A ja się właśnie zastanawiam.
Gdy kiedyś tam kiedyś, dawno temu rozmawiałam z kimś o pracy mówiłam, że ja to nigy za biurkiem! Że ja muszę w ruchu! Aktywnie i już! Bo za biurkiem zginę. No niby żyję, nie zginęłam. Grzeję fotel i macam klawiaturę, póki co, 4 godziny dziennie.
Zawsze mówiłam, że muszę z ludźmi, bo sama to nie, nudno i w ogóle. A teraz najchętniej zamknęłabym drzwi na 4 spusty i wywiesiła kartkę "Nie przeszkadzać!". Się nie da. Robota z ludźmi i to najczęściej upierdliwymi.
No co ja będę dalej ściemniać. Boję sie, że nie dam rady. Momentami ogarnia mnie wręcz paniczny strach przed tym, co ma być. Najbardziej chyba gryzie mnie to, że współgrzejący fotele będą mnie robić w tzw. balona a ja tego nie zauważę i pozwolę się w tego balona robić. Jestem w tej firmie chyba najmłodsza, mam najkrótszy staż pracy, są tacy co wiedzą sporo więcej ode mnie, a ja mam być służbowo ponad nimi, wydawać polecenia, egzekwować, współpracować. To się w ogóle da zrobić? Bo jaki ja będę mieć autorytet? Jak go zbudować? I jak to zrobić, by nie skwasić w sumie niezłej atmosfery, która tam teraz panuje? Takich pytań kłębi mi się we łbie jeszcze tysiące, miejsca na blogu by nie starczyło. Nie wiem też jak zapanować nad swoją przypadłością pt: "gdy się zestresuję (bo np. klient się na mnie drze), stoję jak cielę i niewiem co powiedzieć, bo wyłącza mi się porces myślowy". To nie będzie miało prawa się wydarzyć, gdy dostanę stanowisko.
Z tych i wielu innych powodów zastanawiałam się już nie raz, czy nie rzucić tej roboty i nie szukać czegoś innego. Tylko CZEGO. A jak byłoby gorzej? Poza tym jest czystą głupotą rezygnować z roboty w obecnych czasach, no nie? No i mimo wszystko, plusów tej roboty jest chyba więcej niż minusów.
Boję się bardzo, że jeśli już się zdecyduję na zmianę, to nie poradzę sobie ze stresem z tym związanym i ucierpią na tym najbliżsi, a ja sama wpadnę w jakąś beznadziejną deprechę, z której będzie strasznie ciężko się wykaraskać (w marcu było blisko, serio).
Chwilowo mam lepsze dni i moje podejście jest takie, że wezmę to stanowisko. Jeśli dam dupy i mi podziękują to trudno. Przynajmniej bedę mieć w papierach ten awans. I na tym zakończę, by nie zmienić zdania.

środa, 20 kwietnia 2011

49. Z okazji świąt - z archiwum

Wielkanocny pacierz
Nie umiem być srebrnym aniołem -
ni gorejącym krzakiem -
tyle zmartwychwstań już przeszło -
a serce mam byle jakie.
Tyle procesji z dzwonami -
tyle już Alleluja -
a moja świętość dziurawa
na ćwiartce włoska się buja.
Wiatr gra mi na kościach mych psalmy -
jak na koślawej fujarce -
żeby choć papież spojrzał
na mnie – przez białe swe palce.
Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski -
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.
I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy -
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.
Pyszczek położy na ręku -
sumienia wywróci podszewkę -
serca mego ocali
czerwoną chorągiewkę
Ks. Jan Twardowski

***
Daleko mi do tych świąt, zupełnie nie po drodze, chyba pierwszy raz w życiu aż tak bardzo. Najchętniej przespałabym całe i obudziła się już po.